Z OSTATNIEJ ULTRA CHWILI


21. Ultra-trail Mt.Fuji 27-29.04.2018


Kodeks Bushido przegrywa z najwybitniejszym Himalaistą, czyli jak zamiast wchodzić na drogę, którą wskaże rozum a która karze napierać gdy trzeba napierać a umrzeć gdy trzeba umrzeć, posmakowałem całym sobą każdą ultra chwilę, każdy okruch i ułamek szczęścia, czyli słów kilka o utracie stumilowego ultra dziewictwa, pożegnaniu z japońskim etapem życia i o tym dlaczego czasami chcę mi się wyć. Relacja UTMF ...



CHRONOLOGICZNIE


XXX Puchar Bielan 21.01.2018 23,36


Szesnasty sezon został rozpoczęty, z różnych względów, nie tak jak chciałem biegową triadą w Krościenku ale kontrolną asfaltową piątką w Warszawie. Nie, nie - nic się nie zmieniło – w dalszym ciągu obowiązuje hasło, że „asfalt jest rakotwórczy” ale dobrze było po 20 miesięcznej przerwie zobaczyć jak tam stoję szybkościowo. Niestety, po starcie trzeba przyznać, że pogorszenie widać duże bo ponad 1 minutowe - z czasu 22,26 ląduję na 23,36.

W dawnych, częściowo asfaltowych latach zawsze lubiłem zaczynać sezon Pucharem Bielan w dużym stopniu dzięki temu, że była to jedyna piątka w sezonie i zawsze kończyła się życiówką a tym samym dobrym samopoczuciem i naładowaniem treningowych akumulatorów. Korzystne było też, że co roku była rozgrywana na tej samej trasie przy tej samej badziewiastej pogodzie a tym samym można było sobie te starty porównywać.

W 2018 trochę zmienili początek (ach jak miło sobie powspominać , że 3-4 lata temu trzeba było po mecie jeszcze dodatkowe metry przebiec , żeby nabić piątkę na liczniku żeby rekord w garmin connect zanotować). Tym razem piątka przekroczona o 40 metrów także od tych 70 sekund pogorszenia formy dwadzieścia trzeba jeszcze odjąć a i następne dwadzieścia można jeszcze by było odjąć za żenującą taktykę biegu bo wystartowałem beznadziejnie szybko i różnica w tempie na pierwszym i trzecim kilometrze zrobiła się 30 sekundowa – paranoja. Tak to już jest brak praktyki nie czyni mistrza ale kończymy już z tymi życiówkowymi pierdoletami. Start kontrolny wykazał, że tempo spadło o ok 10 sekund ma kilometr i to nie jest ok. Z drugiej strony szybkości nie trenujemy, interwałów żadnych na razie nie było także nie ma tragedii. Treningowe hasło na dziś to siła biegowa - tutaj wiem jaką zrobiłem pracę i jest ok.

Co jeszcze po przeglądzie tym razem już sunciaka. Lata lecą ale tempo maksymalne 196 jeszcze daje się wykręcić także długoterminowo trzymamy się ok bo odkąd mierzone 12 lat temu być zaczynało o 6 jednostek spadło. Mocno nietypowo mam z tą pikawą bo w świetle teorii 220 minus wiek, 170 być powinno – ha ha!

Reasumując, chociaż dwa lata temu z życiówkami się pożegnałem to widać jednak że o szybkości do końca nie wolno zapominać i to szczególnie w geriavitowym wieku gdy jest z nią coraz gorzej. Rura przepalona i może z asfaltem raczej się nie przeproszę to dobrze będzie raz na jakiś czas się poprzepalać a mam przecież taką okazję co tydzień na park runie 200 m od domu. A asfalt? Może jeszcze jakiś jeden do wiosny zaliczymy, ale to już tylko dlatego, że tragedia z tymi zimowymi startami trailowymi, bo albo nie powiodło się losowanie albo przegapiłem zapisy i wszystko już wyprzedane i startować nie ma gdzie.

ddddddd




16. Tajemnicze Kopce Kornatka 18.02.2018


Wreszcie czas na wyjście z laboratorium treningowego nastąpił. W kalendarzu biegów długo szukałem jakiegoś trialowego startu na przepalenie rury i sprawdzenie dyspozycji po 2 miesiącach od rozpoczęcia przygotowań. Tajemnicze Kopce i 22 kilometry po Beskidzie Wyspowym przy 600m przewyższeń to było to, a jako że czasu na trening ostatnio dużo i bez sensu było tłuc się autem 300 km, aby przebiec 20 kilometrów, mini zgrupowanie górskie jeszcze zrobiłem i przed Kornatką był czas na 2 ulubione treningi w postaci wycieczek górskich w Gorcach.

Start był na sprawdzenie i trzeba przyznać, że test wypadł pozytywnie. Przez 2h 40 minut udało się rurę przy w miarę równym tempie średnio 172 uderzeń pikawy na minutę przepalić także pomału zaczynamy zbierać żniwo treningowe, a co najważniejsze przewodnie hasło treningowe siła biegowa procentuje i poprawiłem się w aspekcie podbiegów, choć z drugiej strony wiadomo, że najłatwiej o poprawę kiedy startuje się od zera i teraz poprawić się będzie już znacznie trudniej.

W kilkunastoletniej historii startów nie miałem jeszcze tyle czasu na trening i staram się to wykorzystać ale widać, że organizmu się nie oszuka, obciążeń nie da się zwiększać zbyt dużo i sztandarowy przykład tego miałem dwa tygodnie temu gdy organizm się zbuntował i na zbyt ciężki trening zareagował chorobą. Nie ma co ukrywać i to przecież wiem – dziadoszczenie pozostanie dziadoszczeniem, ale widać że mając więcej czasu na specjalistyczny trening można się jeszcze rozwijać i o taki rozwój przecież chodzi.

Start kontrolny pozytywnie dyspozycją zaskoczył, ale jeszcze bardziej in plus zaskoczyły mnie same zawody. Wcześniej biegowo nie znałem tych rejonów. Eksplorowane były jedynie na szosówce, bo to przecież tamtędy przebiega trasa - wyznaczona przez Bikeboard -Honorna Bestyja z Krakowa do Zakopanego.

W kopcach liczyłem na jakieś bieganie szutróweczkami po pagórkach, a tutaj okazało się że orgi fantastyczną trasę interwałową singielkami ułożyły i bieganina o zgrozo więcej przyjemności mi nawet sprawiła niż dwa wcześniejsze etapy w Gorcach (na usprawiedliwienie mocno mglistych i zaśnieżonych a tym samym nie wymagających technicznie).

Organizacja rewelacja i nic tylko pozazdrościć Krakusom, że tak blisko mają taki cykl zawodów. Wokół Wiecznego Miasta tylko Falenica, ale moje trialowe botki raczej tam nie zawitają bo pochody pierwszomajowe nie dla mnie. I szkoda, że na przyszły start, zapowiadającą się jeszcze lepiej, 32 kilometrową Mogiłę, ze względów kalendarzowych już nie ma czasu. I szkoda, że te góry tak daleko od Wiecznego Miasta, ale mimo, że fizycznie przecież się nie zbliżą to powrót do domu pokazał, że S7 coraz dłuższa i już w przyszłym sezonie, gdy oddadzą do użytku obwodnicę Radomia, w najbliższe góry da się już dojechać w półtorej godziny i to jest to.

ddddddd




20. Duch Pogórza 24.03.2018


Na pięć tygodni przed celem głównym nie łatwo było znaleźć jakieś dłuższe ale nie za długie a dodatkowo rozgrywane także w nocy ultra. Wreszcie udało się trafić na imprezę Duch Pogórza – dwie pętle po 29 kilometrów przy całkiem niezłym przewyższeniu 1690 po nieeksplorowanym wcześniej Pogórzu wokół Sanu to było to.

Każdy ma jakieś swoje cechy startowe a moje są takie, że źle znoszę niskie ciśnienie atmosferyczne, jego nagle skoki, deszcz i należę raczej do ciepłolubnych. W zeszłym roku na treningowym bieganiu z kolegami w Piekielniku przy minus 20 miałem porównanie. Podczas gdy wszyscy mogli biegać w moim przypadku istnieje jakaś graniczna temperatura po osiągnięciu której w momencie oddychania ustami mnie zatyka i nie daje rady, a nosem efektywnie na 100 % oddychać nie mogę, bo jako chłopak z Pruszkowa otrzymałem swego czasu cios i trochę poprzestawiała się jedna komora nosowa.

Sytuacja powtórzyła się na Pogórzu mniej więcej w drugiej godzinie napierania. Pomimo że według prognoz odczuwalnie było minus 10, od pewnego momentu zwyczajnie mnie zatkało, zacząłem odczuwać chłód, strasznie mnie przewiało trzeba było zwolnić, spadło tempo a jako że byłem spocony wyziębiło mnie jeszcze bardziej i po ptakach - trzeba było podjąć decyzję, że kończę po pierwszej pętli. Tym samym zamiast zawodów zaliczyłem sobie pięciogodzinny nocny trening przełamujący, ale co za trening i to zarówno jeśli chodzi o to cierpienie jak i okoliczności przyrody.

W pięknej okolicy zorganizowali wyścig. Względy logistyczne powodują, że biega się po pętlach ale można sobie wybrać trzy, można dwie a można jedną. Rewelacyjnie jest to pomyślane w przypadku tych dwóch bo jedną biegnie się w nocy a drugą w dzień, także nawet lepiej bo jest możliwość porównania sobie tych okoliczności przyrody o różnych porach.

Góry nie są wysokie, trasa jest bardziej interwałowa ale można się zmęczyć a momentami i na czworakach trzeba było podchodzić, a gdy w połowie przewidziane jest kilka kilometrów po płaskim to przy takiej pogodzie i wygwizdowie z utęsknieniem się czeka kiedy przyjdzie się schować w lesie i znowu pomęczyć. I są widoki piękne ale ich nie było mi dane ich zbyt dużo doświadczyć ze względu na wycof. Było za to piękne niebo gwiaździste nade mną ze względu na wyziębienie nie przeżywane ale później było to ocieplenie i o świcie tradycyjne ultra przebudzenie gdy zaczęło świtać i ten jeden z najbardziej klimatycznych ultra momentów – zbieg zamarzniętym strumieniem, gdzie lód co chwila się kruszył i zapadał, a zmarznięta woda nieustanny masaż stóp zapewniała.

Z wielką beztroską podszedłem do tych zawodów. To drugi start w takiej temperaturze ale miejmy też nadzieję że ostatni. Podobne temperatury były w ubiegłym roku na szczytach podczas UTMB. Tam jednak ze szczytów się zbiegało a na dole było już cieplej i było coś ciepłego do jedzenia i picia. Tutaj nie. I chociaż szczęściarzem jestem bo nie mam przeciwwskazań jeśli chodzi o ultra cierpienie to z faktem że do ultra cierpienia gdzieś od granicy minus kilkunastu stopni się nie nadaje trzeba się pogodzić i kropka.

Pierwsza edycja ducha przechodzi do historii i miejmy nadzieję że impreza zagości na stałe w kalendarzu. Impreza z mojej strony godne polecenia i jedna rzecz tradycyjnie już dlaczego tak daleko od domu trzeba by powiedzieć ale nie w tym czasie gdy w życiu jest nietradycyjnie bo znowu przed zawodami miałem okazje pobyć i potrenować tydzień w Bieszczadach. Zawsze w te Bieszczady się człowiek pchał omijając Pogórze i tylko wracając pociągiem te widoki piękne za oknem pamiętam, ale nigdy nie było okazji. Okazja wreszcie się trafiła. Dzięki wyścigom trochę świata udało się zwiedzić a mało jest też w kraju punktów na mapie gdzie jeszcze nie zawitałem. Ale była jedna czarna dziura na Pogórzu. Po Duchu Pogórza tej dziury już nie ma, a dzięki zawodom przy okazji twierdza Przemyśl padła i Krasiczyn zwiedzony został i wszystkie okolice autem były przejechane z dodatkową refleksją że kiedyś trzeba będzie jeszcze na szosówkę tu wrócić bo tereny na szosę boskie.

Następny start przede mną zapowiada się na co najmniej 40 godzin wysiłku i Duch był pomyślany jako ultra trening przełamujący i wszystko pod trening ultra cierpienia było zrobione – był tydzień katowania w Bieszczadach z 2 dniowym odpoczynkiem ale na ostre zwiedzanie poświęconym, ze spaniem w samochodzie, z bąblami na nogach po wycieczkach na rakietach śnieżnych, które były jedyną możliwością poruszania się po górach i wszystko to dało ultra cierpienie potrenować ale ta niespodziewana temperatura i wyziębienie takie skatowanie spowodowały jakbym jakąś stówkę zaliczył. I to jest to – niech organizm pomału się teraz regeneruje i czas na kompensacje.

Jedną z przyczyn wycofu była też obawa przed chorobą na 5 tygodni przed godzoną zero. Jak przyjemnie było usiąść po pierwszej czynności po powrocie do Wiecznego Miasta którą zrobiłem, czyli wizycie w saunie, odbezpieczyć granat podarunku od sponsora i ponapierać tym razem nie po Pogórzu a chmielowy napój i powspominać nocne ultra cierpienia ale i czasy studenckie jak to w czasach komuny dostarczali właśnie ten Leżajsk raz w tygodniu do Hali Kopińskiej i jak w planie zajęć był najpierw o 8 lektorat później były 4 okienka przed wykładami i jaki wesoły odbiór tych wykładów był po napieraniu przez chmielowe Pola Mokotowskie, ale to już całkiem inna historia….

ddddddd

inżynBiKer

wjedź do strony głównej

ddddddd