Z OSTATNIEJ ULTRA CHWILI


22. Sudecka Setka – nocny maraton 22.06.2018

Na cztery tygodnie przed drugim z głównych startów w tym sezonie dobrze było pobiegać sobie w nocy w warunkach bojowych a o tej porze roku nie ma nic lepszego niż nocny maraton w Boguszowie organizowany w ramach sudeckiej setki.

Boguszów przyciąga i wpływa na to wiele rzeczy. Trasa niby łatwa technicznie, ale w bardzo dużym stopniu do biegania, dla mnie dodatkowo wokół gór gdzie utraciłem wyścigowe górskie dziewictwo w mtb i mnóstwo wspomnień z tym związanych. Nocne bieganie po singlach ale i po szerokich szutrówkach na otwartych terenach z widokiem na Trójgarb i przede wszystkim na Chełmiec - górę gór gdzie mistrzostwa Europy w maratonie mtb kiedyś były i dużo po trasie mistrzostw biegaliśmy. Jest mnóstwo startujących i są te widoki światełek i jest ten start ze sztucznymi ogniami w tym roku trochę jednak bardziej skromnymi i trochę opóźnionymi. Jest ta tradycja, bo to przecież już 30 edycja i nigdzie już nie znajdzie się na trasach zawodników w dresach z wystającą puszką piwa z kieszeni i jest ta pyszna czekolada w pakiecie i jak nigdzie jest doping na trasie.

Wszystko to godne polecenia zarówno w krótszej wersji od zmierzchu do świtu jak i w dłuższej 100km odsłonie, choćby przykładowo jako pierwsza setka do zaliczenia szczególnie teraz gdy z tej dotychczas do zaliczenia jako pierwsza zrobił się manifest polityczny.

Wszystko było, zabrakło tylko wschodu słońca tak jakoś szybko poszło. W porównaniu do tego sprzed 3 lat na tej samej trasie, bez większej napiny, wynik lepszy o 20 minut także ok. bo widać że rozwój przez te 3 lata nastąpił, chociaż w samouwielbienie nie popadam bo dwa tygodnie temu na Mardule wynik był tylko3 minuty lepszy w porównaniu z poprzednim startem. Sprawdziła mi się wcześniej w tym roku metoda treningowa: kilka dni katowania w górach dzień odpoczynku start – tak było i tym razem i szkoda tylko że jest świadomość że często tej metody powtarzać się nie da.

Za cztery tygodnie start, pokatujemy jeszcze trochę treningowo i czas na relaks, ale chyba też na trening mentalny, bo ten ostatni tydzień trochę mnie podłamał, bo miałem okazję po trasach biegu 7 szczytów trochę pobiegać. Nie mógłbym biegać wokół piaskownicy a niestety te 7 szczytów w 70 procentach taką trasę mają i dużo muszę w swoim nastawieniu do tego biegania wokół piaskownicy przez te cztery tygodnie pozmieniać.

Z jednej strony tydzień w górach mnie podłamał ale z drugiej przyjemnie było bo na podłamanie można było choćby tę lepszą część trasy zaliczyć na przykład Śnieżnik a ku pokrzepieniu serc choćby poza trasą po singlach wokół Borówkowej pobiegać. Ale to się wszystko pozmieniało przez te lata. Jakie mamy możliwości. Teraz między treningami jako relaks można choćby podcastów Billy Younga posłuchać. I jeżeli jesteśmy przy tych okresach nawet ponad 30 letnich i posłuchaliśmy BY i jeżeli mamy okazję z kamerką pobiegać to na koniec na długie jesienne wieczory InzynBiKer production uvadi SUDECKA SETKA NOCNY MARATON FILM

ddddddd



CHRONOLOGICZNIE


XXX Puchar Bielan 21.01.2018 23,36


Szesnasty sezon został rozpoczęty, z różnych względów, nie tak jak chciałem biegową triadą w Krościenku ale kontrolną asfaltową piątką w Warszawie. Nie, nie - nic się nie zmieniło – w dalszym ciągu obowiązuje hasło, że „asfalt jest rakotwórczy” ale dobrze było po 20 miesięcznej przerwie zobaczyć jak tam stoję szybkościowo. Niestety, po starcie trzeba przyznać, że pogorszenie widać duże bo ponad 1 minutowe - z czasu 22,26 ląduję na 23,36.

W dawnych, częściowo asfaltowych latach zawsze lubiłem zaczynać sezon Pucharem Bielan w dużym stopniu dzięki temu, że była to jedyna piątka w sezonie i zawsze kończyła się życiówką a tym samym dobrym samopoczuciem i naładowaniem treningowych akumulatorów. Korzystne było też, że co roku była rozgrywana na tej samej trasie przy tej samej badziewiastej pogodzie a tym samym można było sobie te starty porównywać.

W 2018 trochę zmienili początek (ach jak miło sobie powspominać , że 3-4 lata temu trzeba było po mecie jeszcze dodatkowe metry przebiec , żeby nabić piątkę na liczniku żeby rekord w garmin connect zanotować). Tym razem piątka przekroczona o 40 metrów także od tych 70 sekund pogorszenia formy dwadzieścia trzeba jeszcze odjąć a i następne dwadzieścia można jeszcze by było odjąć za żenującą taktykę biegu bo wystartowałem beznadziejnie szybko i różnica w tempie na pierwszym i trzecim kilometrze zrobiła się 30 sekundowa – paranoja. Tak to już jest brak praktyki nie czyni mistrza ale kończymy już z tymi życiówkowymi pierdoletami. Start kontrolny wykazał, że tempo spadło o ok 10 sekund ma kilometr i to nie jest ok. Z drugiej strony szybkości nie trenujemy, interwałów żadnych na razie nie było także nie ma tragedii. Treningowe hasło na dziś to siła biegowa - tutaj wiem jaką zrobiłem pracę i jest ok.

Co jeszcze po przeglądzie tym razem już sunciaka. Lata lecą ale tempo maksymalne 196 jeszcze daje się wykręcić także długoterminowo trzymamy się ok bo odkąd mierzone 12 lat temu być zaczynało o 6 jednostek spadło. Mocno nietypowo mam z tą pikawą bo w świetle teorii 220 minus wiek, 170 być powinno – ha ha!

Reasumując, chociaż dwa lata temu z życiówkami się pożegnałem to widać jednak że o szybkości do końca nie wolno zapominać i to szczególnie w geriavitowym wieku gdy jest z nią coraz gorzej. Rura przepalona i może z asfaltem raczej się nie przeproszę to dobrze będzie raz na jakiś czas się poprzepalać a mam przecież taką okazję co tydzień na park runie 200 m od domu. A asfalt? Może jeszcze jakiś jeden do wiosny zaliczymy, ale to już tylko dlatego, że tragedia z tymi zimowymi startami trailowymi, bo albo nie powiodło się losowanie albo przegapiłem zapisy i wszystko już wyprzedane i startować nie ma gdzie.

ddddddd




16. Tajemnicze Kopce Kornatka 18.02.2018


Wreszcie czas na wyjście z laboratorium treningowego nastąpił. W kalendarzu biegów długo szukałem jakiegoś trialowego startu na przepalenie rury i sprawdzenie dyspozycji po 2 miesiącach od rozpoczęcia przygotowań. Tajemnicze Kopce i 22 kilometry po Beskidzie Wyspowym przy 600m przewyższeń to było to, a jako że czasu na trening ostatnio dużo i bez sensu było tłuc się autem 300 km, aby przebiec 20 kilometrów, mini zgrupowanie górskie jeszcze zrobiłem i przed Kornatką był czas na 2 ulubione treningi w postaci wycieczek górskich w Gorcach.

Start był na sprawdzenie i trzeba przyznać, że test wypadł pozytywnie. Przez 2h 40 minut udało się rurę przy w miarę równym tempie średnio 172 uderzeń pikawy na minutę przepalić także pomału zaczynamy zbierać żniwo treningowe, a co najważniejsze przewodnie hasło treningowe siła biegowa procentuje i poprawiłem się w aspekcie podbiegów, choć z drugiej strony wiadomo, że najłatwiej o poprawę kiedy startuje się od zera i teraz poprawić się będzie już znacznie trudniej.

W kilkunastoletniej historii startów nie miałem jeszcze tyle czasu na trening i staram się to wykorzystać ale widać, że organizmu się nie oszuka, obciążeń nie da się zwiększać zbyt dużo i sztandarowy przykład tego miałem dwa tygodnie temu gdy organizm się zbuntował i na zbyt ciężki trening zareagował chorobą. Nie ma co ukrywać i to przecież wiem – dziadoszczenie pozostanie dziadoszczeniem, ale widać że mając więcej czasu na specjalistyczny trening można się jeszcze rozwijać i o taki rozwój przecież chodzi.

Start kontrolny pozytywnie dyspozycją zaskoczył, ale jeszcze bardziej in plus zaskoczyły mnie same zawody. Wcześniej biegowo nie znałem tych rejonów. Eksplorowane były jedynie na szosówce, bo to przecież tamtędy przebiega trasa - wyznaczona przez Bikeboard -Honorna Bestyja z Krakowa do Zakopanego.

W kopcach liczyłem na jakieś bieganie szutróweczkami po pagórkach, a tutaj okazało się że orgi fantastyczną trasę interwałową singielkami ułożyły i bieganina o zgrozo więcej przyjemności mi nawet sprawiła niż dwa wcześniejsze etapy w Gorcach (na usprawiedliwienie mocno mglistych i zaśnieżonych a tym samym nie wymagających technicznie).

Organizacja rewelacja i nic tylko pozazdrościć Krakusom, że tak blisko mają taki cykl zawodów. Wokół Wiecznego Miasta tylko Falenica, ale moje trialowe botki raczej tam nie zawitają bo pochody pierwszomajowe nie dla mnie. I szkoda, że na przyszły start, zapowiadającą się jeszcze lepiej, 32 kilometrową Mogiłę, ze względów kalendarzowych już nie ma czasu. I szkoda, że te góry tak daleko od Wiecznego Miasta, ale mimo, że fizycznie przecież się nie zbliżą to powrót do domu pokazał, że S7 coraz dłuższa i już w przyszłym sezonie, gdy oddadzą do użytku obwodnicę Radomia, w najbliższe góry da się już dojechać w półtorej godziny i to jest to.

ddddddd




20. Duch Pogórza 24.03.2018


Na pięć tygodni przed celem głównym nie łatwo było znaleźć jakieś dłuższe ale nie za długie a dodatkowo rozgrywane także w nocy ultra. Wreszcie udało się trafić na imprezę Duch Pogórza – dwie pętle po 29 kilometrów przy całkiem niezłym przewyższeniu 1690 po nieeksplorowanym wcześniej Pogórzu wokół Sanu to było to.

Każdy ma jakieś swoje cechy startowe a moje są takie, że źle znoszę niskie ciśnienie atmosferyczne, jego nagle skoki, deszcz i należę raczej do ciepłolubnych. W zeszłym roku na treningowym bieganiu z kolegami w Piekielniku przy minus 20 miałem porównanie. Podczas gdy wszyscy mogli biegać w moim przypadku istnieje jakaś graniczna temperatura po osiągnięciu której w momencie oddychania ustami mnie zatyka i nie daje rady, a nosem efektywnie na 100 % oddychać nie mogę, bo jako chłopak z Pruszkowa otrzymałem swego czasu cios i trochę poprzestawiała się jedna komora nosowa.

Sytuacja powtórzyła się na Pogórzu mniej więcej w drugiej godzinie napierania. Pomimo że według prognoz odczuwalnie było minus 10, od pewnego momentu zwyczajnie mnie zatkało, zacząłem odczuwać chłód, strasznie mnie przewiało trzeba było zwolnić, spadło tempo a jako że byłem spocony wyziębiło mnie jeszcze bardziej i po ptakach - trzeba było podjąć decyzję, że kończę po pierwszej pętli. Tym samym zamiast zawodów zaliczyłem sobie pięciogodzinny nocny trening przełamujący, ale co za trening i to zarówno jeśli chodzi o to cierpienie jak i okoliczności przyrody.

W pięknej okolicy zorganizowali wyścig. Względy logistyczne powodują, że biega się po pętlach ale można sobie wybrać trzy, można dwie a można jedną. Rewelacyjnie jest to pomyślane w przypadku tych dwóch bo jedną biegnie się w nocy a drugą w dzień, także nawet lepiej bo jest możliwość porównania sobie tych okoliczności przyrody o różnych porach.

Góry nie są wysokie, trasa jest bardziej interwałowa ale można się zmęczyć a momentami i na czworakach trzeba było podchodzić, a gdy w połowie przewidziane jest kilka kilometrów po płaskim to przy takiej pogodzie i wygwizdowie z utęsknieniem się czeka kiedy przyjdzie się schować w lesie i znowu pomęczyć. I są widoki piękne ale ich nie było mi dane ich zbyt dużo doświadczyć ze względu na wycof. Było za to piękne niebo gwiaździste nade mną ze względu na wyziębienie nie przeżywane ale później było to ocieplenie i o świcie tradycyjne ultra przebudzenie gdy zaczęło świtać i ten jeden z najbardziej klimatycznych ultra momentów – zbieg zamarzniętym strumieniem, gdzie lód co chwila się kruszył i zapadał, a zmarznięta woda nieustanny masaż stóp zapewniała.

Z wielką beztroską podszedłem do tych zawodów. To drugi start w takiej temperaturze ale miejmy też nadzieję że ostatni. Podobne temperatury były w ubiegłym roku na szczytach podczas UTMB. Tam jednak ze szczytów się zbiegało a na dole było już cieplej i było coś ciepłego do jedzenia i picia. Tutaj nie. I chociaż szczęściarzem jestem bo nie mam przeciwwskazań jeśli chodzi o ultra cierpienie to z faktem że do ultra cierpienia gdzieś od granicy minus kilkunastu stopni się nie nadaje trzeba się pogodzić i kropka.

Pierwsza edycja ducha przechodzi do historii i miejmy nadzieję że impreza zagości na stałe w kalendarzu. Impreza z mojej strony godne polecenia i jedna rzecz tradycyjnie już dlaczego tak daleko od domu trzeba by powiedzieć ale nie w tym czasie gdy w życiu jest nietradycyjnie bo znowu przed zawodami miałem okazje pobyć i potrenować tydzień w Bieszczadach. Zawsze w te Bieszczady się człowiek pchał omijając Pogórze i tylko wracając pociągiem te widoki piękne za oknem pamiętam, ale nigdy nie było okazji. Okazja wreszcie się trafiła. Dzięki wyścigom trochę świata udało się zwiedzić a mało jest też w kraju punktów na mapie gdzie jeszcze nie zawitałem. Ale była jedna czarna dziura na Pogórzu. Po Duchu Pogórza tej dziury już nie ma, a dzięki zawodom przy okazji twierdza Przemyśl padła i Krasiczyn zwiedzony został i wszystkie okolice autem były przejechane z dodatkową refleksją że kiedyś trzeba będzie jeszcze na szosówkę tu wrócić bo tereny na szosę boskie.

Następny start przede mną zapowiada się na co najmniej 40 godzin wysiłku i Duch był pomyślany jako ultra trening przełamujący i wszystko pod trening ultra cierpienia było zrobione – był tydzień katowania w Bieszczadach z 2 dniowym odpoczynkiem ale na ostre zwiedzanie poświęconym, ze spaniem w samochodzie, z bąblami na nogach po wycieczkach na rakietach śnieżnych, które były jedyną możliwością poruszania się po górach i wszystko to dało ultra cierpienie potrenować ale ta niespodziewana temperatura i wyziębienie takie skatowanie spowodowały jakbym jakąś stówkę zaliczył. I to jest to – niech organizm pomału się teraz regeneruje i czas na kompensacje.

Jedną z przyczyn wycofu była też obawa przed chorobą na 5 tygodni przed godzoną zero. Jak przyjemnie było usiąść po pierwszej czynności po powrocie do Wiecznego Miasta którą zrobiłem, czyli wizycie w saunie, odbezpieczyć granat podarunku od sponsora i ponapierać tym razem nie po Pogórzu a chmielowy napój i powspominać nocne ultra cierpienia ale i czasy studenckie jak to w czasach komuny dostarczali właśnie ten Leżajsk raz w tygodniu do Hali Kopińskiej i jak w planie zajęć był najpierw o 8 lektorat później były 4 okienka przed wykładami i jaki wesoły odbiór tych wykładów był po napieraniu przez chmielowe Pola Mokotowskie, ale to już całkiem inna historia….

ddddddd




21. Ultra-trail Mt.Fuji 27-29.04.2018


Kodeks Bushido przegrywa z najwybitniejszym Himalaistą, czyli jak zamiast wchodzić na drogę, którą wskaże rozum a która karze napierać gdy trzeba napierać a umrzeć gdy trzeba umrzeć, posmakowałem całym sobą każdą ultra chwilę, każdy okruch i ułamek szczęścia, czyli słów kilka o utracie stumilowego ultra dziewictwa, pożegnaniu z japońskim etapem życia i o tym dlaczego czasami chcę mi się wyć. Relacja UTMF ...




17. Bieg Marduły 9.06.2018


Biorąc pod uwagę tegoroczne starty, w tym roku jest szansa na dwa rekordy. Jeden bardzo ambitny bo jeżeli uda się cele zrealizować, to zapowiada się największy osiągnięty kilometraż na zawodach. Drugi, jako konsekwencja pierwszego już nie bardzo, bo może paść niechlubny rekord najmniejszej ilości zaliczonych zawodów.

Wszystko to powoduje, że jeśli już coś wybieram na start to musi być coś ekstra, a jeśli mamy wolny termin na początku czerwca to będzie to albo Marduła albo Ultrababia. W tym roku losowanie okazało się łaskawe i wybrałem Tatry.

Sześć tygodni minęło od stu mil i pierwszą kwestią było czy zregenerowałem się w pełni przez ten czas. Wyścig dał odpowiedź, że jest już nieźle, nawet mimo tego, że następny kiler przewidziany jest na koniec lipca i trzeba już było tę regeneracje maksymalnie skrócić i do treningu wrócić po 3 tygodniach.

Przed Tatrami mały mikrocykl treningowy był zrobiony i forma w sumie ok. Jedyne czego zabrakło to treningu specyficznego. Nie było tragedii, ale na tych zbiegach do końca komfortowo się nie czułem. Wszystko też pewnie przez to, że ostatnio z wiadomych względów, nie zbiegam normalnie a wolniutko tuptam.

Dwa lata temu zawody ukończyłem z 13to minutowym zapasem do limitu, ale na punkcie na Kasprowym było ciężko, bo znalazłem się w ostatniej trójce którą wpuszczali. Tym razem wyścig puścili oryginalną trasą przez Przełęcz Świnicką, także podobno miało być szybciej. Na Murowańcu byłem w tym roku 4 minuty wcześniej, także z takim jakimś stoickim spokojem zacząłem podchodzić kontemplując piękne widoki w samouwielbieniu w jakiej to formie jestem. Skończyło się to nerwami, bo już później patrząc na zegarek okazało się, że tego czasu nie ma zbyt wiele i trzeba było dwudziestominutowe ponadprogowe tempo przed Kasprowym zapodać, które poszło nadspodziewanie dobrze a to też dzięki temu, że w park runach trochę zacząłem biegać. W konsekwencji 3 minuty zapasu były ale mocno się zakwasiłem i pierwsza część zbiegu z Kasprowego nie poszła zbyt dobrze.

Wynik końcowy też te 2-3 minuty tylko lepszy niż 2 lata temu także świata nie zawojujemy. Biorąc pod uwagę aspekty sportowe trzeba się jednak cieszyć z czegoś innego. Mocno nietypowo Marduła był jedynym tegorocznym startem, w którym mogłem pościgać się z kolegami i to bardzo skutecznie, ale nie ma się co dziwić bo po takiej robocie treningowej to raczej inaczej być nie mogło. Cieszy też fakt, że poprawiłem podbiegi i tak jak chciałem je poprawić, żeby nie stracić zbyt wiele, bo na podchodzeniu i zbiegach spokojnie stać mnie żeby te straty sobie odbić z nawiązką.

Oj pięknie się po Tatranie pobiegało i to jest to co mi najbardziej odpowiada jak najmniej biegania, mało podbiegania, dużo podchodzenia i technicznych zbiegów na których z uwagi na krótki dystans nie trzeba się oszczędzać i zamiast tuptania można się puścić na maksa. To jest to - ponapierało się pięknie technicznie, skutecznie pościgało się z kolegami, znalazło się w górach i pokontemplowało się piękne widoki, nagrało się trochę pięknych widoków, poprzebywało się z tak samo zakręconymi, przeprowadziło się ultra rozmowy i nawet wreszcie przydatny gadżet w postaci kamizelki biegowej sponsor na „D” zapewnił i zabrakło tylko wschodów, zachodów słońca i nocnych halunów – this is a substancje ultra way of Inzynbiker Samurai!

I na koniec jeszcze jedno. W czasach sponsoringu rowerowego po zakończeniu zawodów pisało się zawsze relacje do zawodowej gazetki. „Na 350 sklasyfikowanych drużyn, po tylu i tylu cyklach, nasza ekipa w klasyfikacji generalnej zajmuję 14 miejsce”. I w 100 % to stwierdzenie było prawdziwe, ale niedopowiedziane, bo wśród tych 350 ekip tylko gdzieś 40 wystawiło komplet zawodników w każdej edycji. Wspomnijmy więc stare dobre czasy i napiszmy, że inzynBiKer na mistrzostwach polski w skyrunning zajął 8 miejsce w kategorii wiekowej i tak niedopowiedziane to stwierdzenie zostawmy.

Na długie jesienne wieczory Inzynbiker production uvadi BIEG MARDUŁY FILM

ddddddd




inżynBiKer

wjedź do strony głównej

ddddddd