Z OSTATNIEJ ULTRA CHWILI

48. Łemkowyna Ultra Trail (Łemkomaraton 48) 18.10.2025 r.

Mocno się zaniedbałem i w październiku bliżej mi było ostatnio do Cisnej na Ultramaraton Bieszczadzki. 6 lat minęło od ostatniego startu na Łemkowynie i trzeba było te straty odrobić. Tym razem na dystansie 48 km, którego ukończenie obiecałem sobie właśnie przed 6 laty, by wyjść na prowadzenie w prywatnym pojedynku z ŁUT (dotychczasowy wynik 2:2 – dwie ukończone 150tki, dwa przegrane starty na dystansach 70 i 150 km).

Łemkomaraton był jednak przede wszystkim w planach z innego powodu - po prostu chciałem przebiec za dnia wszystko to co udało mi się wcześniej „przebiec” w nocy albo jeszcze wcześniej przejechać na rowerze podczas Transcarpatii.

Oczywiście zgodnie z oczekiwaniami te wszystkie wspomnienia cały czas wracały na trasie: katorga podejścia z Iwonicza podczas 150tki i krótki podłazik na Łemkomaratonie, zupa dyniowa z głową na stole w Puławach Górnych i szybki pit stop ale oczywiście z obowiązkową zupką podczas Łemko, wszystkie halucynacje za Rymanowem, przystanek autobusowy w środku lasu, cmentarne znicze, które okazywały się światełkiem leżącego zawodnika, warkot motocyklisty za Rymanowem, kromka chleba w Przybyszowie w 29 godzinie napierania która smakowała jak nigdy, gdy nie wchodziło już nic innego i ten singiel za Puławami taki jeden z lepszych rowerowych w kraju.

Jakże inny jest odbiór tego wszystkiego za dnia i powtórzmy po raz kolejny jakim szczęściarzem jestem że mogłem sobie to przebiec w nocy, za dnia i przejechać na rowerze. Z tym przebiec to tak za dużo tego biegania, to nie jest moja najlepsza charakterystyka trasy jeśli chodzi o przewyższenia, zdecydowanie trasa lepsza na rower, ale single miodne przyjmiemy zawsze nawet przy tak małych przewyższeniach. Sytuację uratowało błotko, którego trochę było i które łemkowską przygodę urozmaicić pozwoliło.

I tak wraca wciąż ta 150tka – czy wystartować kiedyś jeszcze? Odpowiedz raczej nie, chyba że tak mając pewność że będzie padać i błota będzie mnóstwo – taki wyścig byłby dla mnie wyzwaniem, startem nie na koniec sezonu a takim do którego w środku roku trzeba by zrobić roztrenowanie i nastawić się już na konkretny start, a na to przynajmniej w najbliższych latach się nie zanosi.

Wielkie zaskoczenie przeżyłem natomiast, że kompletnie się zmieniła trasa 100tki, ślad poprowadzony został w wielkim procencie zupełnie nowymi szlakami i nie ukrywam że zew poczułem. Zobaczymy na razie jednak widzę siebie na tym 48 km dystansie a może nawet krótszym 30 km i pewnie w przyszłości trochę ich zaliczę.

Wszystko zależy od formy. Tym razem było kompletnie bez treningu bo po TDG dopiero doszedłem do siebie i żadnego nawet tygodniowego mikrocyklu treningowego nie udało mi się zrobić. Jak widać jednak starcza to na ukończenie dystansu maratońskiego, bez rewelacyjnego czasu, ale w limicie spokojnie .

Wszystko by było piękne gdyby nie skręcenie kostki na 8 kilometrze. Na szczęście mogę tę skręcenia odróżnić i wiem że 2go stopnia było i dało się dobiec, z bólem w dyskomforcie ale do tego psychę trenowałem przed TDG takżę spokojnie to poszło . Poratowałem się zresztą ketonalem, który wziąłem bo kolano mnie przecież przez 6 tygodni męczyło i męczyło ale oczywiście przed samym startem męczyć przestało.

Ultrałemkowyna rulez! Niezmiennie od lat jest atmosfera organizacja, dyniowa, najlepsze jedzonko, sprawdzanie dokumentów na starcie ( i tylko wyposażenia nie sprawdzają), nawet pogadanek mnóstwo na trasie dało się uskutecznić ( tu niezmiennie przypominam sobie jeden z tegorocznych wcześniejszych startów gdy na zagajenie „Pięknie nam się Tatry odsłoniły” usłyszałem odpowiedź „w d… mam takie widoki” i konwersacji nie podejmowałem). Tutaj inaczej i nawet żółwik był z najlepszym zawodnikiem 150tki podczas zbiegu i na jego inicjatywę zresztą i mam nadzieje że nie przeze mnie te 16 godzin nie zostało złamane. Podsumowując to wszystko oj coś czuję, że ten mój prywatny pojedynek w którym wyszedłem na 3:2 dwucyfrowym wynikiem się skończy, czego sobie w tym życiu życzę.

Ach te symbole (48 km na 48 dystansie ultra maratońskim) wynik 3:2 23 sezon startowy kończy, wzorcowy jeśli chodzi o wrażenia dobry jeśli chodzi o wyniki, bo żal tego żana, ale trzeba napisać, że nie braku ukończenia, formy, mocnej głowy a tak wcześniejszego zejścia wynikającego z braku dobrej taktyki.

Teraz napisałbym, że czas odpocząć i pomału kolejny sezon planować. Odpoczynek jak najbardziej i pewnie z 7 tygodni, ale planowanie to już nie bardzo bo wszystko zaplanowane jak nigdy – tylko ten wrześniowy start w Alpach który wiadomo, że będzie ale na jakim dystansie to niech zadecyduje los.



CHRONOLOGICZNIE

25. Zimowy Maraton Świętokrzyski – Rycerska Szarża 26 km 18.01.2025 r.

Gdy w październiku ub. r. zasiadłem przed kompem, aby poszukać mocno wstępnie jakiś nowych zawodów na kolejny rok, największe zdziwko ogarnęło mnie, gdy odnotowałem, że w Górach Świętokrzyskich jest taki jeden wyścig który już się wyprzedał , pomimo że zapisy zaczęły się kilka dni wcześniej. Na szczęście znalazłem się na samej górze listy rezerwowej i po kilku dniach można było umieścić w kalendarzu jako pierwszy start ad 2025 r. krótszy dystans 26 km w postaci Rycerskiej Szarży.

Start zlokalizowany jest w pobliżu zamku w Chęcinach, w części Gór Świętokrzyskich, których nie zaliczyłem jeszcze biegowo, ale znanych już z eksploracji rowerowej. Jako że zawsze przy nowej miejscówce biegowej pojawiają się wspomnienia i skojarzenia moje pierwsze dotyczyło wspomnień z maratonu mtb, pustej łąki na środku której ktoś porzucił samotną muszlę klozetową. Oj ile wtedy śmiechu było, że organizator dodatkową toaletę na trasie zapewnił.

Tym razem organizatorzy zapewnili inne atrakcje - śnieg, piękną słoneczną pogodę, widoki (a te zdecydowanie ze wszystkich dotychczasowych startów w najstarszych górach polskich najładniejsze) i możliwości powypruwania flaków przez 3 i pół godziny.

Trasa jak dla mnie zdecydowanie za bardzo biegowa, ale to było wiadome na początku. Ku zaskoczeniu pojawiły się natomiast piękne fragmenty jak ten prawie kanion w okolicach kamieniołomów, kilka fajnych singli na szczytach, mocne podłazy i tylko przyjemnych zbiegów zabrakło. Dodatkowo po raz pierwszy do Piekła trafiłem i wstyd lekki, że jeszcze tam nie byłem będąc w Górach Świętokrzyskich już kilkadziesiąt razy.

Podsumowując trasę, biegowo raczej nie wrócę tam treningowo, ale trasa zdecydowanie do polecenia na rower. Na pewno jednak biegowo zawitam jeszcze w okolice, aby zrobić tą dodatkową 20 km pętlę zimowego maratonu świętokrzyskiego, z której zrezygnowałem wybierając krótszy dystans.

Organizacyjnie bez zarzutu no i z dodatkowymi smaczkami. Mocno wygłupiłem się przy rejestracji pytając się gdzie są czipy. Okazało się, że czasu nie mierzą, po zawodach nie publikowane są wyniki ale każdy na mecie otrzymuje medal i dyplom z obowiązkową ceremonią i uściskiem i gratulacjami Pani Prezes i to jest to. Mocno ucieszyłem się bo za te 10 lat chcąc sobie jeszcze startować z ogromnymi limitami czasowymi, nie będę musiał na Słowację jeździć ale mam zawody dwie godziny od domu.

Reasumując, kolejne godne polecenia zawody zaliczone, powypruwane flaczki i tak całkiem nieźle powypruwane bo mimo, że zacząłem dopiero sezon nieźle to wygląda. Mocne zmiany treningowe przeprowadziłem, na razie nowy trening służy. Dodatkowo widać też, że po jednym z najgorszych sezonów przydał się ten wypoczynek od dłuuuuugich dystansów (i sam nie wiem czy bardziej fizyczny czy psychiczny).

Do zapamiętania jeszcze ten niespodziewanie piękny wschód słońca nad tymi wyższymi Górami Świętokrzyskimi podczas jazdy samochodem na zawody. Piękne to było i mam nadzieję że symbolicznie jako znak trzeba to potraktować, że trochę tych wschodów i zachodów przyjdzie w tym roku startowo zaliczyć, roku sezonu startów nr 23 – roku nietypowego, bo na razie rozplanowanego tylko do kwietnia i mimo, że myślałem że skończyłem z tymi losowaniami to okazało się że nie bardzo…..



45. Gorce Ultra-trail Winter - Śnieżne wyzwanie 43 km 22.02.2025

Kilka miesięcy temu zarezerwowałem nocleg z 21 na 22 marca w Karpaczu, wierząc że zgodnie z tradycją „co drugi rok” uda mi się wygrać losowanie na Zimowy Maraton Karkonoski. Niestety, tym razem los nie był łaskawy i trzeba było szukać jakieś alternatywy w tym terminie i zgodnie z drugą tradycją - zaliczania startów, w których wcześniej nie brałem udziału, wybór padł na Gorce Ultra-trail Winter.

Na 6 tygodni przed głównym startem pierwszej części sezonu wiadomo, że GUT był wyścigiem z kategorii B, na sprawdzenie formy, przetarcie, „Just for fun”, tempo nie miało być prawa „w trupa” i takie nie było. Zgodnie z założeniami było jednak cały czas mocne i udało się je utrzymać. Mięśniory przyzwyczajone, stopy i czwóreczki na zbiegach dały radę także ok. Prędkość w sumie też się ostatnio poprawiła ale tę prędkość to wolałem na park runie sobie sprawdzić, gdzie poprawa o 50 sekund nastąpiła, ale trzeba przecież napisać że z mocno beznadziejnego wyniku na wynik beznadziejny.

Zimowy GUT miał być „Just for fun” i bardzo dużo tego funu dostarczył. Akumulatory trasą, organizacją, widokami tatranika naładowane, miejsce 100 na 126 także typowe dla tego dystansu, czas 7 i pół godziny.

Czas byłby pewnie jakieś 7h 10 gdybym wypruwał maksymalnie flaki a nie ukrywam, że klika minut przed startem zew natury przecież poczułem. Widząc Tow. Rybkę na starcie tradycyjnie odruch warunkowy nastąpił i tętno o 10 uderzeń od razu podskoczyło ale po chwili świadomość przecież przyszła że Tow. Rybka w charakterze sędziego tu występował. Piotrek na krótszym dystansie a jeszcze kilka lata temu we trójkę na triadzie przecież wszyscy walczyliśmy na zbiegu w tę drugą stronę od Lubania o czym dziura w rękawiczce mi przypomniała bo tak te flaki wypruwałem, że na zbiegach na nic nie uważałem.

I tak te refleksje i wspomnienia podczas całego startu przychodziły - tych wspólnych Transcarpatii tego widoku na Tatry w tym samym miejscu co z Austriakami na filmie z TC, ku pokrzepieniu serc i w podzięce że jeszcze mogę, że kiedyś przeżyłem to startowo na rowerze a teraz po kilkunastu ( o rany a może kilkudziesięciu już) latach mogłem to w biegu przeżyć w podzięce, że jeszcze mogę choć z roku na rok coraz trudniej, przeżywać to wszystko na trasie w latach gdy każdy ze startujących mówi mi na „Pan”.

Zawody do polecenia w 100% i dobrze było kolejny cykl godny polecenia zaliczyć i tak porównując z innymi, bliżej mi właśnie do tych bardziej kameralnych imprez porównując choćby GUTa z Pieniny ultra Trail. I jeszcze jedno bo w jednym GUT bije wszystkie inne zawody wygrywając kategorię najsmaczniejszych bufetów – to było wiadomo na pewno, że będzie bez padliny, zupki wchodziły rewelacyjnie ale zdecydowanie w prywatnej kategorii wygrywa pasta z zielonego groszku.

Trasa podobnie jak w Pieninach raczej szersze szutrówki ale rzeźnia jeśli chodzi o przewyższenia i tak na początku trochę ponarzekałem, że asfaltu dużo, że łatwa technicznie, że mało singli ale to co nastąpiło pod koniec jednym z najbardziej kultowych odcinków się zrobiło. W tym 9 sezonie startów myślałem, że nic mnie nie zaskoczy ale ten podłaz po lodzie na pewno zapamiętam na zawsze.

I dobrze, że jeszcze mamy takie trasy i oby było się gdzie ścigać bo jak czytam choćby co z taką triadą w tym sezonie zrobili….. a mnie na pewno nie lochnie nigdy , żeby w góry jechać, żeby po asfalcie biegać…

Na koniec jeszcze tylko jedna sugestia dla orgów po tym ostatnim fragmencie, że powinni wyścig inaczej nazwać - nie Śnieżne a Lodowe wyzwanie.

Szkoda tego ZUKa, który tak sobie wymarzyłem jedną edycję w słoneczku co ad 2025 miałbym zapewnione przebiec, ale z drugiej strony ten tatranik to lepiej przecież wygląda niż Kotlina jeleniogórska. W przyszłym roku ZUKa mam zapewnionego , ale w kolejnych latach spokojnie jest równorzędna alternatywa startu w postaci zimowego GUTa a klika lat jeszcze będę w stanie go przecież kończyć bo do limitu jeszcze 3 i pół godziny zostało.

Pięknie było i to piękno tylko w górach przecież, ale czas się trochę wypłaszczyć bo główny cel choć na wysokościach to już w trochę innych klimatach.






ATACAMA CROSSING 30.03 -5.04.2025r.

Atacama Crossing 2025 – Całe piękno, magia i tajemniczość skąpane są w piasku pustyni, choć z drugiej strony pustynia nie wybacza. Raz da ci wszystko a następnym razem potrafi wszystko odebrać. Rzecz w tym, aby dobrze pokierował cię umysł - wtedy możesz mieć wszystko, możesz osiągnąć wszystko! Odkurzamy etap transowy - tym razem na dobre.



26. Nocny Patrol Kielce 24-25.05.2025

Inżynier - …. jego pasja do biegów ultra i górskich znajduje odzwierciedlenie w licznych startach na wymagających trasach, zarówno w Polsce jak i za granicą… mocno obśmiałem się (ale jednocześnie trochę przeraziłem) czytając co sądzi o mojej skromnej osobie czatGPT.

W konsekwencji pomyślałem sobie, czemu nie skorzystać ze sztucznej inteligencji pisząc relację z wyścigu - oddajmy jej więc głos, a właściwie pióro a właściwie klawiaturę:

„To miał być treningowy start – przetarcie po Atakamie , ale Nocny Patrol pokazał, że z górą się nie dyskutuję.

Trasa? Najlepsza z dotychczasowych. Serio. Techniczne single tracki, szczególnie w końcówce – bajka. Szybkie, kręte, z widokami (kto widział, ten widział – reszta miała czołówkę).

Początek spokojny, ale środek z mocnymi podejściami zrobił swoje. Większość biegu w nocy, więc trzeba być czujnym – jedno potknięcie i latasz w dół jak sarenka.

Niestety forma jeszcze nie ta. Starczyło sił na pierwsze 20 km, potem klasyczny ścianowy kryzys. Atakama zostawiła ślad a zbyt szybki powrót do ciężkich treningów okazał się błędem. Tempo ? Raczej spacer z elementami wypruwania płuc. Ale to dobrze – czasem trzeba dostać w twarz od gór żeby znowu nabrać pokory. Jeśli chodzi o sprzęt biegłem w Hoka speedgoat 6 i …to jest to

Dla mnie Speedgoat = szybki zbieg i pewny krok na technicznym terenie , 5tki miały więcej komfortu ale 6tki dają więcej kontroli”

I tyle. Wracajmy z tej „wirtualnej rzeczywistości”. Nocny Patrol na stałe już zagości w kalendarzu startów. Tym razem trasa najlepsza ze wszystkich – taka optymalna interwałowa, z kilerami podejściami na środku i z tą końcówką singlami po Biesiaku, zbiegiem po zjazdowym rowerowym po Pierścienicy. Cudeńko – jak dla mnie najlepsza biegowa trasa w Górach Świętokrzyskich i tyle. Okroimy ją o kilka tych dobiegowych kilometrów i treningowo pojawię się tam na pewno nie raz.

Pięknie było i tylko formy nie było. Po Atakamie było roztrenowanie i chyba za mocno ruszyłem z treningami a że ruszyłem niedawno to sił starczyło tylko na pierwsze 20 km, później kryzys i taki mocny kilkukilometrowy, który skończył się dopiero jak singielki się w okolicach Biesiaka zaczęły. I tu czatGPT się myli bo w realu było to wypruwanie płuc z elementami spaceru a że jeszcze tych płuc wypluwać nie mogę to przedostatnie miejsce w stawce zająłem i w twarz od gór żeby nabrać pokory dostałem i tu czat jak najbardziej ma rację.

I na koniec o jednym smuteczku jeszcze należy wspomnieć bo wiekopomna chwila nadeszła – oto kończy się moja przygoda z Hoka Speedgoat – 8 lat każda nowa wersja lepsza od poprzedniej. Szóstka to dramat - może lżejsze może szybsze może bardziej responsywne ale po tych 33 km układy tak obciążyłem jakbym Granią Tatr przebiegł. Szkoda – dobrze, że udało się jeszcze jedną parę 5tek dokupić i poszukiwania nowej marki na długie starty można odłożyć na przyszły rok.

Reasumując panie czacie, kolejny raz się potwierdza, że zgadzam się z Panem w 80-90% Ultra zabija prędkość i Atakama prędkość zabiła, pomimo rozsądnego napierania po pustyni organizm jeszcze się nie zregenerował, akumulatory na Patrolu pomimo beznadziejnego wyniku jednak naładowane szczególnie tymi samotnymi singlami w końcówce – piękne to było, jakieś takie tajemnicze, niespokojne….

Na koniec jeszcze rada: przy zakupie nowej serii obuwia biegowego należy korzystać nie ze sponsorowanych recenzji a z chatGPT, ze szczególnym zwróceniem uwagi na jego adnotację, że niektórzy narzekają, że ……

ddddddd


ddddddd



27. Bieg Marduły 28.06.2025 r.

Moja piąta edycja Biegu Marduły zaliczona i to tradycyjnie niezmiennie już od 9 lat, kiedy wystartowałem po raz pierwszy, zaliczona w poczuciu spełnienia patriotycznego obowiązku wypruwania flaków. To już jedne z ostatnich zawodów kiedy chce mi się jeszcze ścigać jak kiedyś.

Kryzys na rynku startów, nie sprzedają się zawody, czasów doczekaliśmy takich, że można się było zapisać spokojnie jeszcze przed wyścigiem, kto by pomyślał jeszcze te kilka lat temu gdy w marcu trzeba się było zapisywać na losowania. Dziwne tym bardziej, że orgi nie robią nic żeby tę frekwencję zwiększyć. Choćby podając gdzieś poza regulaminem informację, że limit na Kasprowym zrobili nie 3,30 a 4 godziny. Z tym limitem zawsze była walka dla takich jak ja , na oryginalnej trasie zawsze 2-3 minuty przed, tym razem miałem czas 3.38 także według starych zasad bym się nie załapał. Widać tu jak beznadziejnie był ustawiony ten limit dla tych którzy w miarę dobrze zbiegają bo ad 2025 na mecie pojawiłem się z zapasem 6 minut.

Ciężko porównywać te swoje poprzednie czasy bo na różnych trasach były ale w tym najlepszym starcie na oryginalnej trasie miałem czas ok. 5 45 także przez 8 lat straciłem 9 minut i oznacza to, że w górach jeśli chcę mi się wypruwać flaki straty mniejsze niż na asfalcie mam gdzie tracę pół minuty na kilometr.

Starszy o 8 lat cięższy o 3 kilogramy wolniejszy o 9 minut (co by znaczyło że w górach straciłem 20 sekund na kilometr) wciąż z taką samą radością ścigam się w ulubionym miejscu do ścigania i z nadzieją, że ten zapas 6 minut pozwoli mi wystartować jeszcze nie raz.

I jeszcze jedna rzecz bo 4 weekend czerwca to przecież czas WSER , na którym w zeszłym roku była porażka. Jak miło sobie było usiąść na ławeczce na mecie i porozmawiać o AJW i TRN. Potem już w pociągu powspominać sobie jak dobrze było kiedyś mieć taki wymarzony start rozłożony na kilka lat i jak ciężko było się podnieść po porażce, po nie wykorzystaniu tej szansy „once In a life time”. Na szczęście to już przeszłość. A patrząc w przyszłość – te 20 sekund straty na rok znaczy, że tych szans na Mardułę zostało jeszcze statystycznie 18.

Przydałoby się jakieś podsumowanie jeszcze napisać i gdy zajrzałem sobie do bloga ad 2018, to niezmiennie choć starszy o 7 lat, cięższy o 3 kilo wolniejszy o 9 minut (tym razem z małą ilością pięknych widoków i bez gadżetów) ale komentarz wciąż przecież jest ten sam wiec „przepiszmy” go znów:

„ Oj pięknie się po Tatranie pobiegało i to jest to co mi najbardziej odpowiada jak najmniej biegania, mało podbiegania, dużo podchodzenia i technicznych zbiegów, na których z uwagi na krótki dystans nie trzeba się oszczędzać i zamiast tuptania można się puścić na maksa. To jest to - ponapierało się pięknie technicznie, skutecznie pościgało się z kolegami, znalazło się w górach i pokontemplowało się piękne widoki, nagrało się trochę pięknych widoków, poprzebywało się z tak samo zakręconymi, przeprowadziło się ultra rozmowy i nawet wreszcie przydatny gadżet w postaci kamizelki biegowej sponsor na „D” zapewnił i zabrakło tylko wschodów, zachodów słońca i nocnych halunów – this is a substancje ultra way of Inzynbiker Samurai!”



46. Diablak Ultra Trail 26.07.2025 r.

Ten weekend zarezerwowałem sobie pierwotnie na wyścig w Słowacji, ale niestety przegapiłem rejestrację i trzeba było szukać alternatywy.

Cel główny w górach wysokich także uwzględniając fakt że starty kontrolne należy planować w zbliżonych warunkach zostały albo Tatry albo Babia. W Tatra Sky maraton nie było szans na rejestrację także zapisałem się na Zawojski Festiwal Biegowy.

Pierwotnie miałem wystartować w maratonie ale rzut okiem na mapy tras mówił jedno - tylko Diablak Ultra Trail. Niby tylko 63 km ale fakt 3200m przewyższeń wskazywał jasno jaka szykuje się wyrypa. Mała Babia, Babia Góra przez Perć Akademików, okolice upierdliwej Policy, cały czas góra dół po kamieniach z łańcuchami a wszystko niespodziewanie jeszcze co okazało się już w dniu startu wzbogacone deszczami także w śliskich warunkach.

Wiadomo jak to jest z Parkiem Narodowym, z tymi wszystkimi ograniczeniami i zgodami - widać, że orgi musiały mocno się nakombinować, żeby stworzyć taką perełkę. Żal jednak, choćby tego że z Małej Babiej lepiej by było zbiegać a nie podchodzić tą stroną albo że nie było tego korzennego zbiegu z Policy. Było za to kilka dla mnie nowych kilerów Podłazów, wiele kamiennych zbiegów „od których nagła wzbierała złość”.

Trasa rewelacja szczególnie do 42 km piękne to było. Dodatkowo w tej 3 godzinnej ulewie z tymi piorunami i z tym jednym który uderzył tak blisko i tak jakoś w modnym Masogi upajać się tym cierpieniem i dyskomfortem zacząłem, przechodząc później do wspomnień rowerowych bo burza na Wielkiej Raczy mi się przypomniała i tak biegnąc po pięknym singlu zmienionym w potok lekki flow odczuwać zacząłem w podzięce, że mogę że daję radę co nie było przecież takie pewne bo ze stanem zapalnym w kolanie przez ostatnie dwa tygodnie walczyłem. Wszystko dodatkowo w podzięce za to, że należę do tego narodu wybranego, że stać mnie na ukończenie takiej pięknej trasy trwale i niezmiennie z hasłem lepiej być na końcu ekstraklasy niż gdzieś w środku niższej ligi.

Piękne to było a później we mgle jak zwykle w wolniejsze klimaty po tym 42 km wpadłem i sportowo to był zdecydowanie najgorszy fragment, ale spokojnie. Wyścig sportowo był pomyślany jako kategoria „C” – test nowych butów, nowego plecaka, większej zawartości plecaka, strategii odżywiania i bólu oddalania.

I było „c” na starcie, ale jak mi zaczął peleton na początku uciekać to zdecydowanie w „B” się wyścig musiał przekształcić i za ostro szczególnie na początku było, później ok. a po 42 jak trasa się pogorszyła, jak mgła a pewnie przede wszystkim sił zabrakło to zdecydowanie najwolniej było i tylko koniec jeszcze mocny zapodałem. Do limitu 1h 45 także spokojnie, dyspozycja ok. taka jaka miała być, odporność na ból , układy tu rewelacja choć nie oszczędzałem się na zbiegach a psycha to się okaże.

Kilka słów o organizacji trzeba wspomnieć – rewelacyjnie to ogarnęli logistycznie przy tylu dystansach, te trasy bufety i ten rosołek z kawką na te mgielne klimaty i to żarcie na mecie ale najważniejsze – nigdy chyba tak nie było, żeby zaangażowanie społeczności lokalnej było tak wielkie. W konsekwencji chyba trzeba będzie kiedyś na dłużej niż na weekend do Zawoi przyjechać, choćby po to żeby czerwonym szlakiem z Policy do Krowiarek zbiec.

A ile jeszcze tych innych miejscówek bo można sobie powspominać choćby z Ultrababiej te chaszczoki, szlak graniczny zielony kiedy jeszcze puszczali, strumienie potoki – im ciężej tym lepiej to lubię najbardziej ale tego już nie ma w takim nagromadzeniu jak kiedyś. Po Diablak Ultra Trail widać jednak, że po szlakach też można niezłą wyrypę zorganizować.

W poczuciu dobrze przepracowanych treningowych dni, nauczony doświadczeń, z przetestowanym sprzętem , wyćwiczoną głową, przyzwyczajonymi do obciążeń układami biorę się za ostatni mikrocykl i lecimy z celem głównym Panie Inżynierze!



47. Tor des Geants 14-16.09.2025

TDG – 330 (350) km 24(26) tyś przewyższeń ciągłego napierania po górach przez 6 dni – ten cel świtał w głowie już od kilku lat jako kolejny ambitny, już jeden z ostatnich na ultra drodze i to takiej typowej poczynając od pierwszej setki na Bieg 7 dolin, później 7 szczytów, potem UTMB, WSER, Diagonale, może Ultra Tour Monte Rosa - a na końcu drogi jest TDG i (już niestety nie dla mnie a dla cyborgów) TDGlaciers.

Wszystkich tych wyścigów już w tym życiu nie skończę ale są jeszcze takie, które zaliczyć mogę spróbować i należy do nich TDG. W ubiegłym roku UTMR odwołali i tak jakoś „obraziłem” się na ten wyścig a planując sezon 2025 i jesienny start w pierwszej kolejności na losowanie się zapisałem na TDG, nie licząc na sukces bo po rozmowach wiedziałem, że ludzie czekają latami na szczęśliwy traf i nic.

Jak to zwykle u mnie bywa w zagranicznych wyścigach losowanie wygrałem i na początku przyszło się zmierzyć z ambitnym celem a przede wszystkim psychicznie wytłumaczyć sobie, że mam jakieś szanse. Gdy już wytłumaczyłem sobie że mogę, rozpoczęły się właściwe przygotowania i przede wszystkim te psychologiczne. Cała filozofia Misogi, to „meet the dragon” - w tym stylu pokonałem już przecież UTMB i tę drogę zdecydowanie postanowiłem zaadoptować na start, ale zostawmy to na jakąś inną relację z wyścigu zakończonego sukcesem a nie DNFem na 100 (111) km.

Przygotowania fizycznie – wiadomo, czego było trzeba. Niestety nie miałem możliwości w Alpach posiedzieć a tylko klika weekendów w Tatrach spędzić i układy do obciążeń udało się przyzwyczaić ale organizmu do tych wysokości z maksymalną 3300 już nie bardzo.

Ex post najważniejsza dla mnie miała okazać się jednak taktyka i to niestety nie zagrało. Czat GPT radził 8 godzin snu przez te 6 dni i tak miałem napierać bez żadnego snu pierwszej nocy. Zawodnicy na starcie z mojego miejsca stada mówili, że jedyne szanse na ukończenie są obierając taktykę 3 godziny snu począwszy od pierwszej nocy i 21 godzin napierania. Gdy dotarłem do pierwszej bazy skonany tymi przewyższeniami, wysokościami, techniczną trasą ale mając 4 godziny zapasu do limitu poszedłem drzemać, wychodząc z bazy na godzinę przed limitem i to był błąd.

Do drugiej bazy dotarłem też godzinę przed limitem ale okazało się że są dwa limity jeden na wejście drugi na wyjście z bazy a różnica między nimi to 2 godziny. Tym samym po 100 km DNF jest i wkurzenie, że czatowi GPT nie zaufałem bo gdybym z pierwszej bazy wyszedł godzinę wcześniej wszystko by było ok. Nie napiszę oczywiście, że bym ukończył ale tę stówkę spokojnie bym jeszcze zrobił a tak na trasie byłem tylko 40 godzin i nie dało się choćby poznać jak organizm reaguje dajmy na to na 100 godzinne napieranie

Jedno jest pewne – prędkość przelotową na ukończenie mam. Stać mnie zresztą na większą ale celowo oszczędzałem się na zbiegach nie szalałem zbytnio na podejściach po prostu zapodałem takie tempo jakie wydawało mi się że zdołam utrzymać przez 6 dni. Szkoda tego wcześniejszego zejścia i tego że doświadczenia w dłuuuugim napieraniu nie zdobyłem i to fakt.

Gramy dalej, nie po raz pierwszy czegoś przecież nie kończę i wiem jak pięknie smakuje później takie zwycięstwo po latach przygotowań, choć wiem jak będzie trudno w tym życiu to zaliczyć, bo jeśli przed wyścigiem dawałem sobie szansę na ukończenie 30 %, to z perspektywy startu wiem że powinienem sobie dać 10%, a teraz swoje szanse szacuje dajmy na to na 20%.

Gramy dalej i jeśli wylosuje wyścig to się pojawię a jeśli nie to na pewno wrześniowe starty będę chciał gdzieś spędzić w Alpach. Każdy ma w górach swoją ulubioną wysokość i ta moja chyba przesunęła się z tych 2 tyś trochę wyżej i nie ukrywam że trochę jestem zafascynowany tymi wysokogórskimi klimatami, zmiennymi wiatrami i temperaturami, podejściami 1700 m w pionie, nocnym napieraniem na tych wysokościach gdy tak jakoś mniej tlenu w powietrzu i gdy pada deszcz czy śnieg.

Kolejna piękna porażka poniesiona, ale w jakich okolicznościach przyrody - choćby tych pięknych widoków Parku Narodowego Gran Paradiso z tym podzielonym na pół czarno- białym 4 tysięcznym szczytem i skaczącymi wokół świstakami na podejściu.

Tylko wschodu i zachodu słońca zabrakło bo zawsze byłem gdzieś na dole, albo w chmurach ale tej nocy spędzonej na 3300 to nie zapomnę nigdy, tego kultowego odcinka gdy wszyscy myśleliśmy że przejdziemy go w 3 i pół godziny a zajął nam 6,5 i jakże inaczej jest napierać po tych skałach gdy pada śnieg gdy nie ma czym oddychać gdy jest zimno, gdy nie ma już co pić.

Reasumując:

doświadczenia alpejskie zdobyte,

doświadczenia dłuuugiego napierania nie zdobyte,

pobity rekord i maksymalna wysokość na której napierałem podczas wyścigu to teraz 3300 (celowo wszedłem jeszcze 1 m w pionie na skałę na przełęczy 3299),

Poza tym Panie Inżynierze dwie ultra prawdy jeszcze zapamiętaj: w 23 sezonie startu powinieneś już chyba wiedzieć że trzeba czytać dokładnie regulaminy zawodów i w 90% ufaj już czatowi GPT

Ciąg dalszy nastąpi … i coś czuje że jeszcze nie raz, bo znalazłem taki cel na naprawdę kilka ładnych lat: ambitny w 100% realny w 20% , zdobywając rok po roku doświadczenia w sumie w całkiem nowej dyscyplinie czekając na dzień konia, na dobrą pogodę, przyjmując odpowiednią taktykę …… wciąż w poczuciu tego, że stawiając sobie takie cele wciąż się sportowo rozwijam



inżynBiKer

wbiegnij do strony głównej

ddddddd