W całej imponującej kolekcji rowerowych T-shirtów układanych w szafie od czerwca 2003r., miejsce szczególne zajmują te otrzymane za ukończenie zawodów. Coś w tym jest! Szczególnie dla takich jak ja, tych którzy zapomnieć mogą o bardzo dobrym miejscu w stadzie, dla których przekraczanie kolejnych granic to zdobywanie coraz wyższych szczytów poprzez udział i ukończenie coraz trudniejszych imprez. W pamięci na zawsze pozostanie mi widok pewnego Austriaka kurczowo trzymającego swoją koszulkę po 200 w Salzkammergut – rower gdzieś z boku, wpatrzony w swoją szmacianą zdobycz z roztrzęsionymi rękami, jakby nic innego wśród tysiąca kryzysów na trasie tylko myśl, że się otrzyma swojego finiszera utrzymała go na wytyczonym szlaku i pozwoliła ukończyć zawody.
Ja też mam swoje finishery. Do tych naj- należą te z Beskidy Trophy Są szczególne, inne niż wszystkie, przyznane za 10 godzin walki ze sobą, za to, że potaplałem się w błocie, że walące pioruny nie wystraszyły mnie na tyle aby zejść z trasy, że zajechałem swój sprzęt, że nie bałem się zjeżdżać bez hamulców, że starłem sobie do bólu stopy od podłazów. Tak - było Trophy kultową imprezą - a dla mnie kultowość to przede wszystkim fakt, że imprezy nie kończyła 1/3 startujących. I ta świadomość, że leszczem jestem, ale jestem nim w elicie, jestem przedstawicielem narodu wybranego, który może krzyknąć „ukończyłem”, a przez kilka dni przeżyć tyle ile nie uda się innym przez całe życie.
Sportowo, nie ma co ukrywać, że Trophy jest dla mnie za ciężkie, żeby oczekiwać dobrego wyniku. Jeszcze w zimie jednak umówiliśmy się z Norbim, że ścigamy się na tej etapówce. Do wyścigu przystąpiłem więc z nastawieniem bojowym, mocno jednak utemperowanym przetrenowaniem w wersji soft, które dopadło mnie w kwietniu. Miesiąc z mniejszymi obciążeniami treningowymi na pewno miał mieć wpływ na dyspozycje.
Norbi z tego co mówił też bez treningu, ale to już znamy. Co dzieje się rzeczywiście w jego planie treningowym można dowiedzieć się, ale dopiero po kilku piwach. Tak jak w zimie, gdy spotkaliśmy się w Wiecznym Mieście – po pierwszym kufelku nie trenował wcale, po drugim w ograniczonym zakresie, po trzecim dowiedziałem się już o wspólnych jazdach klubowych, po czwartym wiedziałem ile dokładnie pompek robi codziennie chcąc wzmacniać górne partie mięśni, a później to już nie chciało mi się drążyć tematu… czasem tylko dzwoniłem sprawdzając łączność i przeszkadzając mu w treningu na rolkach.
Zbliżało się Trophy i stały punkt programu. Co z tą pogodą? Zawsze padało, zawsze było błoto, ale po ostatnich powodziach ….. Żal serce ściskał myśląc o ubiegłorocznych stratach sprzętowych i zapadła decyzja – po roku wracam do Epica – wynik będzie pewnie gorszy, ale straty w sprzęcie mniejsze a frajda z jazdy większa.
W tym roku to pierwszy start w górach. Oto staje na starcie jeden Inżyniero – rower, który w edycji a.d. 2010 jest cięższy o 7 kilogramów w porównaniu z rokiem ubiegłym. Tak miało jednak być – ten sezon to ściganie głównie po nizinach.
Gdyby sprowadzić jakiegokolwiek transo- finiszera z epica, rockies czy alpa i zapytać czym różnią się tamte starty od trophy pierwsze skojarzenie na lini startu to byłaby pewnie muzyka. Tylko w Beskidach króluje dyskomłoctwo wskazujące raczej, że nie wjeżdżamy metalową autostradą do piekła, a cofamy się do czasów czeskiego radia w latach siedemdziesiątych i jedziemy na jakąś zabawę do remizy strażackiej po czeskiej stronie granicy. Dopiero na kilka minut przed startem jeden fragmohit budzi z letargu. Jakby nie patrzeć organizm już go poznał i podświadomie przygotowuje się na wysiłek. Puls skacze kilkadziesiąt uderzeń, pojawia się to charakterystyczne uczucie w żołądku. Wreszcie jestem u siebie, to tutaj jest moje miejsce.
Start i szachy z Norbim, które szybko się jednak kończą przy pierwszej ścianie. Odpuszczam – w obecnej dyspozycji jestem bez szans. Jadę tempem prawie startowym, ale nie przesadzam. Tak przejadę ten wyścig, mocno ale bez wypruwania flaków – historia pokazuje, że nie ma lepszego treningu, czas pomyśleć o przyszłych wyścigach.
Pierwsze odczucie wyścigowe to zaskoczenie. Naprawdę nie spodziewałem się, że będzie tak mało błota - nie ma tragedii. Trasa jak na okolice Istebnej i taaakie opady bardzo przyzwoita. Przeszkadzają mi tylko częste podłazy, ale szybko sobie tłumaczę, że to przez moją formę a poza tym trasa jest tak skonstruowana aby ominąć błoto.
Druga sprawa to radość z jazdy. Dość już tych nizinnych eskapad. Poza tym przesiadka na fulla to rewelacja, może i jest wolniejszy, ale te zjazdy. Rodzi się nowe – amorki tłumią wszelkie niedogodności – widać ile dał trening na sztywniaku i jak przyjemna jest przesiadka w drugą stronę.
Na starcie padło ostrzeżenie, żeby podczas jazdy korzystać z wyżłobionych tymczasowych strumieni, pod strumieniami jest kamieniste podłoże także jedzie się podobno lepiej. Co z tego skoro rzeczywistość jest taka, że albo mały strumień zajmuje całą szerokość, albo płyną sobie trzy strumienie na całej szerokości. Nie usłyszałem tylko kiedy spodziewać się tej atrakcji. Pojawia się chyba pod koniec. Jazda kończy się po kilkunastu metrach zanurzeniem do połowy ośki i pierwszą kąpielą Zapadam się do połowy łydek w błocie, pamiętając opowieść że komuś kto chciał wyjąć nogi z błota, buty zostały w środku i nie mógł ich odnaleźć. Błoto w Beskidach być musi. Na pierwszym etapie mieliśmy go naprawdę niewiele i to dopiero na końcu.
Na mecie miłe zaskoczenie - nie ma tragedii. Te kilkanaście minut w plecy w porównaniu z normalnym wynikiem może być – w sumie to nie jadę na 100%. Co innego, że na te 100% po prostu mnie nie stać. Nie, na pewno nie doprowadzę się do takiego stanu, abym nie mógł wystartować następnego dnia.
Drugi etap tradycyjnie już dłuższy. Tym razem po raz pierwszy w historii mamy eksplorować okolice Brennej. Szkoda tych czeskich etapów pamiętnych z poprzednich edycji. Albo słynne serpentyny albo korzenie ze sztandarowym ponad stukilometrowym zeszłorocznym etapem zapadną na zawsze w pamięci.
Nie jest jednak źle, znowu Twórca wynalazł jakieś nowe trasy ze zdecydowanie best of the best etapu singielkiem gdzieś po środku dystansu.
Dobrze, że dzisiaj chociaż piątek i jest ich trochę mniej. Nie lubię tych małyszo- turystów, którzy zaczęli przyjeżdżać do modnej od pewnego czasu Wisły.
„Przepraszam – czy to wyścig ze startu wspólnego?”
„Tak Capanie! Teraz tylko znalazłeś się w strefie amatorskiej”
Niestety jak dla mnie w dyspozycji, której się znalazłem te ściany są za strome, takiej charakterystyki nie lubię. Może normalnie bym to wjechał, ale nie teraz. Nie wzrusza mnie też kultowość 27% nachylenia po bruku – nie w tym roku.
Powoli, jeśli chodzi o podłazy Trophy zbliża się do Transcarpatii, trochę to może usprawiedliwione błotnymi objazdami oraz nowymi trasami, ale trzeba przyznać że momentami było denerwujące.
Sportowo, niestety zabłądziliśmy na chwilę na początku etapu. Spowodowało to, że dopadł mnie Piotrek i znowu nici z podziwiania pięknych krajobrazów. Znowu wkręcam się w tę walkę. Dzisiaj drugi dzień chłopina tradycyjnie przyspiesza – daję w końcu za wygraną nie ten czas – mam swoje tempo i jadę aby przeżyć.
Etap na pewno nie z tych najlepszych w historii Trophy. Nie wiem dlaczego, ale w pamięci zapadł mi jeszcze ten singiel przy rzece - może ten wzburzony żywioł i ciągły strach co jeśli wpadnę. Podświadomie woda jest wszędzie, w tym sezonie płynie sobie nawet strumień asfaltem przy szkole, aż wyszedłem zobaczyć w jakim miejscu postawiłem samochód, czy nie grozi mu coś przy osunięciu ziemi.
Trzeci dzień to Raczańska klasyka. Wreszcie jacyś życzliwi włodarze dali zgodę na przejazd i dogodny dojazd ale wreszcie też zaświeciło słońce. Trochę czasu zajęło mi przestawienie się na nowe warunki. Zaschnięte błoto zmieszane z trawą i pierwsze porządne upadki. Wreszcie są – krew, siniaki i zadrapania, wreszcie widać że to trophy, wreszcie wiadomo, że znowu po powrocie do domu trzeba na kilka dni odłożyć wizytę w jacuzzi.
Później odbieramy zaproszenie na Mtb maratonową bajkę singlem na Rachowiec, a później…
cztery lata musieliśmy na to czekać Wprawdzie twórca nie puścił nas w lewo na singiel raczański ale w prawo na może nawet lepsze single i zjazdy. Wreszcie widać Tatry, zatrzymuję się na dłuższą chwilę współczując tylko tym, którzy znajdują się gdzieś w moim szeregu i walczą, bo jest być może szansa na 235 a nie 236 miejsce. Pierwszy dzisiaj nie przyjadę. Dyrektor Dżi – Dżi jeszcze w połowie wjazdu na Raczę oznajmił nam że właśnie przed chwilą Galiński wjechał na metę. Może dzisiaj wyścig nie był rozgrywany ze startu wspólnego?
I u mnie jednak w końcu odzywa się zew natury widząc błękitną velmaro-koszulkę Krzyśka. Co tam na ostatnim podjeździe pozwalam sobie na totalny interwałek – jeden nie powinien zaszkodzić.
Jeśli chodzi o błoto myślałem, że już mnie nic nie spotka. Jeszcze przed ostatnim zjazdem na metę wjeżdżam jednak w kałużę, która okazuje się kałużo - jeziorem i po raz pierwszy w życiu, amortyzator tonie w błocie a ja zaliczam pierwsze OTB z lotem kończącym się błotną kąpielą. Jeden błotny Inżyniero – rower z 5 czerwca 2010r jest już nie o 7 a pewnie 9 kilogramów cięższy w porównaniu z ubiegłym sezonem.
Nie wzrusza mnie tym samym ostatni zjazd po stoku narciarskim – tu po raz pierwszy chyba trzeba pozazdrościć przecinakom – my w przedostatnim sektorze jedziemy po czymś przypominającym trawę gdzie co chwilę zapada się rower po ośkę, jadąc wydrążoną przez kogoś wcześniej rynną. Jeśli się zatrzyma, jeden trophy-biker leci do przodu.
Niesamowite są te momenty po zakończeniu każdego etapu. Takie chwile możliwe są jedynie po godzinach w fabryce Dyrektora Dżi – Dżi. Śmiejące się mordy narodu wybranego. Cztery lata czekaliśmy, aby wreszcie to przejechać. Słonko świeci, prawie osiem godzin na trasie, tylko mtb maratonowy błotny przekładaniec w słońcu może dostarczyć tyle radości!
Cicha noc, nikt nie chrapie na sali i tylko biedny Norbi zaległ pogryziony przez komary, które lgną do żółtej koszulki banku który chlubi się tym, że sponsoruje kolarstwo, a wyrzuca kolarzy z pracy. Ja już na szczęście nie mam tego problemu – żółty passe niebieski rulez!
Czwarty dzień tradycyjnie już rano nie chce się jechać, tradycyjnie później już łapie się tempo i się jedzie. Szczególnie dlatego, że wreszcie jest jakaś ludzka charakterystyka podjazdów – jest tak jak lubię, długo ale mniej stromo Znowu pochwały dla Twórcy, który tym razem trochę zmodyfikował etap skrzyczyński – kilka nowych skał, nawet Malinowskie, znowu coś nowego.
Etap zgodnie z przewidywaniami kamienisty - wreszcie coś dla fanów grawitacji. Ja zdecydowanie się do takowych nie zaliczam, a może nie zaliczałem się bo polish traditon musi być, a polish tradition nie może być gorsza od hungarian tradition. Trójka naszych sąsiadów z sali poczyna sobie bardzo dobrze i widać najwyraźniej, że ściga się z sąsiadem z pokoju.
Śmiesznie z tymi Węgrami. Przez te cztery dni obserwowałem sobie jak zmieniło im się wyobrażenie na temat mtb. Królowie szutrówek w Górach Bukowych, później pierwsze opinie, że wyścig dla nich za ciężki, po trzecim etapie już wkręcenie i info, że w przyszłym sezonie należy spodziewać się najazdu braci Madziarów. Na mecie już tradycyjnie z finiszerami w grupie śmiejących się mord narodu wybranego.
To już czwarty dzień, a na Trophy oznacza to coraz gorsze hamulce. Madziarzy uciekają a ja nie mam już sił, bolą mnie uszy od pisku hamulców, puszczam więc klamki i latam sobie po kamieniach końcówki czwartego etapu – jeden grawitacyjny Inżyniero-rower upadający na ziemie to jednak trochę większa siła . Jazda kończy się utratą ośmiu szprych z tyłu i dwóch z przodu – ma się jednak to szczęście bo dzieje się to na przedostatnim zjeździe. Na ostatnim idą jeszcze dwie tylne ale rower jedzie i dojeżdża do mety.
Na mecie otrzymujemy tym razem czarne finishery.- ktoś puścił plotkę o tym drugim tęczowym finisherze za ukończone wszystkie 4 edycje – mnie się należy – domagam się zdobyczy – niestety spiker mówi coś że będą ale w przyszłym roku.
Kończy się mtb - wyrypa. Nie ma co ukrywać, mamy najbardziej techniczną etapówkę w Europie, a gdyby porównać udział odcinków technicznych w całości trasy to chyba trzeba by oddać trophy palmę pierwszeństwa na świecie.
Jest radość, ale jest jedno ale..…Miałem wyjechać z mtb – maratonowego salonu w Istebnej Lexusem. Wyjechałem najbardziej wypasionym kompletnie wyposażonym, tytanowym, z pozłacanymi klamkami, ale jednak Avensisem. Lexusów już nie wpuszczają na nasze istebskie single-tracki. Dyrektor Dżi – Dżi obawia się Państwowej Inspekcji Pracy i nie pozwala popracować swoim wyrobnikom powyżej ośmiu godzin na trasie. Lexusową jazdę autostradą do piekła mogę zaliczyć na Cape Epic, Transalpie czy Transrockies, a w Polsce mam nadzieję że na Transcarpatii. Na Trophy AC raczański piorun DC został zastąpiony przyjemną dla ucha Fragmą. I fajnie, na mecie jest dużo czasu, można spokojnie umyć rower , pogadać z kumplami, wypić dwa gorące kubki, a wieczorem chmielowy napój. Nie można tylko jednego - zalec padniętym po dziesięciogodzinnym etapie w poczuciu spełnienia mtb-maratonowego obowiązku.
Najbardziej wypasione techniczne Trophy traci tym samym przydomek kultowości. Nie będzie odznaki kultowa, bo bardzo lubię swoją pracę mtb maratonowego czeladnika a w fabryce Dyrektora Dżi-Dżi mogę spokojnie zostawać powyżej 8 godzin. Najdłuższy etap 7h50 przy braku totalnego wypruwania flaków to zdecydowanie za mało, żeby było kultowo. Pokrążyłem po górskich lasach, dotarłem do warstwy kosodrzewin, wszedłem na najbardziej skalne odcinki. Nie zdobyłem jednak kolejnego szczytu, widziałem go gdzieś w oddali stojąc z rowerem na Raczy i patrząc z zazdrością jak po szczycie skaczą kozice- zabrakło co najmniej 2 godzin na trasie.
Są różne kolory finiszerów, są zielone i niebieskie, które dumnie noszę na klacie. W tym roku jest znowu czarna – jeśli ją założę w następnej edycji - będę po prostu gościem – szczęściarzem, przedstawicielem śmiejących się mord narodu wybranego, który spędził kilkanaście godzin w mtb – raju. Nie powiem jednak że w swoim zatraceniu upodliłem się kultowo.
Mamy w kraju imprezę na światowym poziomie. Zorganizowaną na najwyższym poziomie z unikalnymi akcentami vide (sorry) sernik i jabłecznik przed startem. Mamy imprezę z kapitalnymi trasami. Było wszystko, przede wszystkim technicznie ale były też odcinki bardzo szybkie czego czasami brakuje na trasach u Dyrektora. Mamy Twórców, którzy układają tę układankę i to jeszcze starają się aby co roku zmieniać jej elementy. Za to im wielkie dzięki. Docenili też to przedstawiciele władz obecni na zawodach. Do Korby Marszałkowskiej wpłynął już projekt modyfikacji Ustawy o kulturze fizycznej poprzez przyznanie specjalnego dożywotniego mtb stypendium olimpijskiego w kwocie rocznej stanowiącej równowartość najbardziej wypasionego Speca Epica.
Niech wydłużony bożociałowy weekend święci się już na zawsze w tradycji umiłowania do prawdziwego MTB!
„Tradycja to rzecz święta, tradycja to dąb, który tysiąc lat rósł w górę. Niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza” , niech nikt nie waży się przenosić Boże Ciało na sierpień „Tradycja to jest śmiejących się mord narodu wybranego śpiewanie, to jest córek i synów Fisherów, Bontragerów, Kellesów mowa, to jest nasza mtb historia, której się nie zmieni” – nasz wydłużony bożociałowy mtb weekend w Istebnej!
Forever and ever Jamen!
wjedź do strony głównej